Miejska dżungla potrzebuje zielonej rewolucji
Kiedy ostatnio widziałeś w mieście jeża? Albo słyszałeś śpiew skowronka? Te stworzenia znikają z naszych ulic w zastraszającym tempie. Ale jest nadzieja – i to w miejscach, gdzie najmniej się jej spodziewamy: na dachach biurowców i w małych ogródkach między blokami.
Betonowa pustynia kontra życie
Warszawa straciła w ciągu ostatniej dekady 70% populacji jerzyków. Te pożyteczne ptaki, które potrafią zjeść nawet 20 tysięcy komarów dziennie, nie znajdują już miejsc do gniazdowania. Podobny los spotyka pszczoły muraki – w Krakowie ich populacja spadła o 60% od 2000 roku.
Spacerując ulicą Świętokrzyską w Warszawie, można jednak dostrzec niespodziankę – na dachu jednego z biurowców kwitną polne kwiaty. To nie przypadek, tylko przemyślany projekt architektoniczny. I działa – w zeszłym roku odnotowano tam gniazdowanie pliszki siwej, gatunku który wcześniej omijał centrum miasta szerokim łukiem.
Zielone dachy – nie tylko dla bogatych
Wbrew pozorom, zielony dach to nie fanaberia dla luksusowych apartamentowców. W Łodzi na zwykłej kamienicy z początku XX wieku mieszkańcy sami stworzyli taką przestrzeń. Koszt? Tyle co kilkanaście doniczek i worków ziemi. Efekt? Latem temperatura na poddaszu spadła o 8 stopni, a do sąsiedztwa wprowadziły się motyle rusałki.
Najciekawsze jednak dzieje się pod ziemią. Warstwa gleby na zielonych dachach to prawdziwy mikrokosmos. W Berlinie badacze znaleźli w takiej glebie 287 gatunków mikroorganizmów, w tym kilkanaście zupełnie nowych dla nauki.
Ogrody deszczowe – miejskie oazy życia
Podczas ostatniej ulewy w Gdańsku jeden z ogrodów deszczowych wchłonął tyle wody, ile zmieściłoby się w 25 tysiącach wiaderek. Ale to nie jego jedyna supermoc. W takich miejscach tworzą się nieoczekiwane ekosystemy.
Na warszawskiej Pradze w ogrodzie deszczowym wielkości średniego pokoju zoologowie naliczyli: 14 gatunków ważek, 7 gatunków pająków i kolonię rzadkich trzmieli ziemnych. A wszystko to w miejscu, gdzie wcześniej było tylko betonowe podwórko.
Rodzime rośliny – dlaczego to takie ważne?
Wiecie, że popularna w parkach tuja nie daje żadnego pożywienia naszym owadom? Tymczasem zwykła pokrzywa (tak, ta znienawidzona przez ogrodników) jest domem dla aż 46 gatunków motyli. W Poznaniu eksperymentowano z nasadzeniami – tam, gdzie posadzono rodzime gatunki, liczba owadów wzrosła trzykrotnie w ciągu dwóch lat.
Najlepszy przykład to Wrocław, gdzie w miejsce egzotycznych klonów japońskich posadzono stare dobre lipy. Efekt? Wróciły pszczoły, których nie było w tej okolicy od 15 lat. A mieszkańcy mogą teraz robić własny lipowy miód.
Twoja działka ma znaczenie
Nie trzeba być urbanistą, by pomóc miejskiej przyrodzie. Wystarczy:
– Zostawić w ogródku fragment dzikiego trawnika
– Zamiast tuj wybrać budleję (zwana motylim krzewem)
– Zamontować na balkonie domek dla owadów
W Katowicach grupa emerytów przekształciła szary skwer między blokami w kwietną łąkę. Dziś przychodzą tam wnuki obserwować motyle. I choć urzędnicy początkowo kręcili nosem, teraz sami proszą o rady, jak powtórzyć ten sukces w innych miejscach.
Pamiętajcie – każde kwitnące okno to potencjalna stołówka dla pszczół. Każdy niekoszony skrawek trawy może stać się schronieniem dla jeża. I choć czasem trudno w to uwierzyć, to właśnie takie małe działania zmieniają oblicze naszych miast.