Gdy literatura staje się modlitwą
Pamiętasz tę książkę, po której przez dni nie mogłeś dojść do siebie? Ta, która rozbiła ci serce na kawałki, by później złożyć je na nowo – trochę inaczej. Właśnie tak działa dobra literatura religijna – nie naucza, nie moralizuje, ale otwiera drzwi do rozmowy z sacrum. Zdarzyło mi się kiedyś przeczytać Wyznania Augustyna podczas nocnej zmiany w szpitalu. Ta lektura w dziwny sposób oswoiła moje lęki.
Nie tylko dla wierzących – uniwersalność pytań o transcendencję
W Dzienniku Witolda Gombrowicza jest zdumiewający fragment, gdzie ateista opisuje swoje nocne lęki metafizyczne. To właśnie w takich momentach literatura przekracza granice wyznań. Podobnie działa Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall czy Mała apokalipsa Konwickiego – książki niby nie-religijne, a jednak głęboko dotykające sacrum.
Kryzys wiary jako droga do głębi
Ksiądz Tischner mawiał, że prawdziwa wiara rodzi się wątpliwości. Judasz Amosa Oza pokazuje zdradę nie jako akt ostateczny, ale początek nowego rozumienia miłości. Z kolei Siostra z betlejemskiego podwórka Terakowskiej udowadnia, że czasem trzeba stracić Boga, by Go naprawdę odnaleźć. W moim życiu taką książką-przełomem okazały się Listy do młodego poety Rilkego – niby nie o Bogu, a jednak…
Codzienne objawienia
Anna Kamieńska w swoim Notatniku pisała: Boga nie trzeba szukać w niebie, gdy stoi za firanką. Ta myśl towarzyszy mi każdego ranka, gdy nalewam kawę. Podobnie Dziennik Sławomira Mrożka – niby sceptyczny, a przecież pełen zachwytu nad tajemnicą istnienia. Najbardziej religijne książki często nie mówią wprost o Bogu, jak Prowadź swój pług przez kości umarłych Tokarczuk.
Poza schematy – różnorodność duchowych doświadczeń
Mój przyjaciel, buddyjski mnich, polecił mi kiedyś Siddharthę Hessego. Przez miesiąc nie mogłem zrozumieć, dlaczego ta książka tak mnie poruszyła. Aż pewnej nocy zrozumiałem – pokazała mi Boga, który nie potrzebuje kościołów. Podobnie zrobiła ze mną Historia violence Édouarda Louisa – brutalna, a jednak pełna przebaczenia. Czasem Bóg mówi do nas przez najdziwniejsze książki.
Czytanie jako ćwiczenie duchowe
Nie chodzi o pochłanianie setek stron. Wystarczy czasem jeden akapit, jak ten z Traktatu o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, który noszę w portfelu od lat: Człowiek jest tyle wart, ile potrafi się zdziwić. Albo zdanie z Zapisków z domu wariatów Kępińskiego o tym, że Bóg mieszka w naszych ranach. Takie fragmenty warto przepisywać, nosić przy sobie, powtarzać jak mantrę.
Może dziś wieczorem, zamiast kolejnego odcinka serialu, sięgniesz po książkę, która cię przestraszy? Która postawi niewygodne pytania? Która zostawi ślad głębszy niż tylko emocje? Bo dobra literatura religijna to taka, po której już nigdy nie jesteś taki sam. A przynajmniej nie powinieneś być.